Tytuł:  Moja podróż przez sześć kontynentów  do Swisłoczy
Autor: Edward Grzegorz Funke
Wydawnictwo: KAMERA Kołobrzeg
Rok wydania: 2014
Stron: 143
Wielkość 235 x 325 mm
Oprawa: twarda, lakierowana
ISBN :978-83-62437-47-4

 

Wstęp
Stwierdzenie, że życie jest podróżą brzmi jak banał, ale tylko tak długo,  dopóki nie zilustrujemy go konkretną opowieścią o losie człowieka, jego rodziny …czasem narodu lub grupy etnicznej. Podróż mojego Przyjaciela Grzegorza  wyczerpuje wszystkie wymienione aspekty  fenomenu ludzkiego życia, które ma swój początek i nieunikniony koniec ,ale także, w zależności od wielu okoliczności i łaskawości losu, liczne meandry, zakola, wzloty i upadki,  radości i smutki, zwątpienia i euforyczne uniesienia. Rodzina Grzegorza zostawiła na zawsze całe swoje dobre i dostatnie,  także mające najlepsze perspektywy życie w Swisłoczy, miejscu jego narodzenia,  w mieście, do którego mój Przyjaciel po dziesiątkach lat pojedzie z wielkim bagażem naukowego dorobku,  doświadczeń menadżera i artystycznego dorobku. Wróci do miejsca, w którym uległ zniweczeniu dorobek jego pracowitych przodków.  Odtworzy szlak wędrówki „Z Polski do Polski”, ale do tej, która  nie była odwieczną, bezpieczna kolebą. Do tej , która była wielką niewiadomą, także dla 7 milionów Polaków, którzy ruszyli na „Ziemie Odzyskane”. Ta  podróż wpisała los  Jego rodziny  w losy wielkiej części naszego  narodu, który po wojennej hekatombie musiał  sobie znaleźć nowe miejsce. Nie da się w paru słowach opowiedzieć, co znaczyło „znaleźć sobie nowe miejsce na ziemi”.  Los sprawił, że dzięki tej „podróży” splotły się losy rodziny Grzegorza z losami  moich rodziców. Nie tylko zamieszkaliśmy w tym samym mieście, na sąsiednich ulicach, ale  nasze dzieciństwo połączył  browar na ulicy Spółdzielczej gdzie pracował nasz ojciec i państwo Funke. Staliśmy się chłopakami z jednego „fyrtla”. Było  w nim spore stadko dzieciaków tych dziejowych rozbitków, którzy zamieszkali   na ulicach wokół cudem chyba ocalałego browaru,  będącego obok sędziwej roszarni i kilku lichych warsztatów po samej wojnie    jednym z największych zakładów pracy w  zrujnowanym  Koszalinie. Do dziś zastanawiamy się  jakiego pochodzenia był Geniusz tego miejsca.  Mam podejrzenie, że  motorem wielu naszych aspiracji była ciasnota tego miejsca. Tego miasta, które przez wiele lat nie dawało wielu z nas prawie żadnych szans przekroczenia pewnego pułapu edukacyjnych aspiracji. Wylatywaliśmy z niego tak jak Grzegorz do wielkich miast. Jedni do Krakowa, inni jak ja do Warszawy, Wielu  przytulił Poznań. Musiało jednak być coś w tej koszalińskiej wodzie  i powietrzu, że wracaliśmy  do…  coraz bardziej naszego Koszalina. Po latach dowiemy się, że tuż obok nas, w domu przy sąsiedniej ulicy Dworcowej urodziło się i wychowywało , cudem ocalone od holocaustu dziecko koszalińskiego Żyda. Chłopiec z naszego „fyrtla” Leslie Baruch wywieziony do Anglii, stanie się współtwórcą odkrycia w dziedzinie immunologii, nagrodzonego nagrodą Nobla.. Tak jak ja, kiedyś na ulicę Gdańską w rodzinnej Łodzi, jak Grzegorz do Swisłoczy, przyjechał do Koszalina   po wielu dziesiątkach lat, by opłakać swoją zamordowaną przez hitlerowców rodzinę i  spojrzy na cudem wydobytą z dna Dzierżęciny macew jednego z jego przodków.  Czy są jakieś asocjacje  w tych zdarzeniach? Chyba są.  I On i my po tych wizytach wróciliśmy od siebie do siebie. Miałem szczęście i zaszczyt cztery razy zasiadać w polskim Parlamencie, ale z tego samego domu przy ulicy Jana z Kolna 28 , w którym spędziłem dzieciństwo, odległego o 200 metrów od domu Grzegorza  wywodzi się Piotr Zientarski trzykrotny już dziś Senator RP. Grzegorz Funke nie tylko wrócił, ale  w najlepszym tego słowa znaczeniu zapuścił  w naszym mieście korzenie. Dał miastu swoje umiejętności, stworzył miejsca pracy i obdarował nas swoim talentem, którego wymiar dawno przekroczył granice  regionalności.

Wędrówki Grzegorza i jego Kropeczki wpisują się w losy innych narodów i wielu grup etnicznych.  Losy ludzi i krain uwiecznianych przez tych dwoje  mają coś wspólnego z naszym historycznym doświadczeniem, chociaż w większości przypadków możemy powiedzieć, że los mimo wszystko obszedł się z nami nie najgorzej. Heroiczna walka o drugie życie  Krystyny jeszcze szerzej otworzyła serce mojego Przyjaciela na innych ludzi , ale także na piękno świata, które istnieje i trwa na przekór złu i tragizmowi położenia milionów naszych sióstr i braci na całej planecie. W moim służbowym pokoiku w warszawski Domu Literatury wisi jedna z przepięknych fotografii podarowanych mi przez Grzegorza, która wzbudziła prawdziwy zachwyt telewizyjnej ekipy BBC obsługującej Piłkarskie Mistrzostwa Świata. Jest na nim uwieczniona latarnia morska stojąca na pustynnym wzgórzu. Morza nie widać, ale  czujemy bezmiar przestrzeni, w której trwa symbol nadziei na odnalezienie drogi , na wybranie właściwego kursu, na możliwość zawołania o pomoc. Jest ona symbolem tego magicznego miejsca, które pozwala – mówiąc językiem technokratów- spozycjonować swoją obecność na ziemi, znaleźć punkty odniesienia dla własnych poczynań i aspiracji. W życiu Grzegorza są dziś dwie latarnie  Swisłocz i Koszalin, a między nimi wielki świat, utrwalany przez dojrzałego artystę, który wie, że pamięć o nas  przetrwa nie tylko w murach i dobrach materialnych, ale także, a może przede wszystkim w naszych  dziełach, które utrwalą spotkane przez nas niezwykłości świata. Te cuda, które uskrzydlają ludzkie życie. Ten album jest pieczęcią takiego pojmowania sensu życia i potwierdzeniem, że  jego autor nie zmarnował czasu mu darowanego. Wierzę i wiem, że dopiszą do tej księgi jeszcze wiele  światów, kolorów i zachwytów, których być może nie byłoby bez tych  bolesnych, ale przecież szczęśliwie kończących się podróży.  Wiele razy myślałem o tym, że nieodgadnioną tajemnicą pozostanie to, kim byśmy byli, gdybyśmy ostali się w tych, tak ukochanych i idealizowanych przez naszych rodziców miejscach.

Ryszard Ulicki

 

Edward Grzegorz Funke, urodzony 18 VI 1944 roku w Swisłoczy. Doktor nauk technicznych, podróżnik; członek Związku Polskich Artystów Fotografików oraz członek rzeczywisty Fotoklubu Rzeczypospolitej Polskiej; założyciel Bałtyckiej Szkoły Fotografii. Jego prace pojawiły się na ponad 120 wystawach indywidualnych i zbiorowych.

Album Moja podróż to zbiór zdjęć powstałych m.in. podczas licznych wypraw, które od lat odbywa wraz z żoną Krystyną w ramach autorskiego projektu Portret Świata udowadniając, że ludzi z odległych części globu więcej łączy niż dzieli.

W książce pojawiają się także prace z okresu działalności artysty w „Kronice Studenckiej” Politechniki Gdańskiej. Zdjęcia te, pokazują Polskę widzianą oczyma młodego studenta zafascynowanego fotografią. Obok portretów Czesława Niemena, Breakoutów, czy fotoreportażu z Rajdu Monte Carlo w 1967 roku, znajdziemy też obrazy z historycznej wizyty prezydenta Charlesa de Gaull’a w Gdańsku. Całości dopełniają teksty Ryszarda Ulickiego, Erazma Wojciecha Felcyna, Andrzeja Liberadzkiego i Jadwigi Kobryniec.

Moja podróż stanowi próbę podsumowania dotychczasowego dorobku Edwarda Grzegorza Funke. Jednocześnie jest zapewnieniem, że możemy się spodziewać kolejnych wspaniałych prac.

Robert Gauer Wydawnictwo Kamera

 

DWA ŚWIATY
o fotografiach Edwarda Grzegorza Funke

Edward Grzegorz Funke zaczął fotografować blisko pół wieku temu. Przed kilku laty został członkiem Związku Polskich Artystów Fotografików, a rok temu minister kultury odznaczył go Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis“.Wydarzeniem, które sprowokowało mnie do napisania o twórczości Edwarda Grzegorza Funke było wydanie przez niego autorskiego albumu „Moja podróż. Przez sześć kontynentów do Swisłoczy“.

Pragnę zwrócić uwagę na dwie fotografie autora, które dzieli 40 lat.

Jest rok 2006. Na tle rozległego skalisto-piaszczystego pejzażu Wyżyny Tybetańskiej, zakończonej łańcuchem gór,  czworo okolicznych mieszkańców przerwało na moment partię  bilarda, by zapozować do zdjęcia fotografowi z  odległego kraju. W centralnej części zdjęcia stoi  stary masywny stół, a  na jego jasno-zielonej powierzchni w przypadkowym układzie kilkanaście bil. Dwóch graczy z  uniesionymi kijami osłania  kolejne dwie osoby, ten z  lewej chłopca, a jego przeciwnik kobietę ubraną w ciepły strój, chroniący ją przed chłodem surowego klimatu. Za nimi dwa osiodłane koniki. Spojrzenia całej czwórki bardzo uważne i, co istotne, akceptujące przybysza z  aparatem fotograficznym. Scena niezwykła, kompozycja mistrzowska.

A teraz rok 1966. Na tyłach siermiężnej konstrukcji estrady muzycznej, zmontowanej z  rusztowań stalowych i widocznych fragmentów szmat stoi grupa muzyków big-bitowych z  Finlandii.  Przyjechali na Festiwal Muzyki Nastolatków do Gdańska. Oczekując na swoją kolej, przyglądają się innym artystom, którzy w tym momencie występują. Ubrani są  w nienaganne garnitury, białe koszule, wąskie krawaty, na głowach mają  umodelowane fryzury. Fotografa zauważa tylko jeden z  nich, stojący z  prawej strony nieznacznie starszy mężczyzna z  krótszą fryzurą, przypuszczalnie manager grupy. Spogląda karcącym spojrzeniem, jakby chciał przegonić intruza z  aparatem. Scena dość banalna, kompozycja raczej przypadkowa.

Te dwie fotografie dzieli 40 lat. Każda z  nich, to inna epoka, inna kultura, inna część świata, inna technologia. Tylko osoba fotografa ta sama.  Czarno-białe zdjęcia z  okresu młodości są spontanicznym zapisem ważnych dla autora zdarzeń,  do których udało mu się dotrzeć z  aparatem. Dzisiaj patrzymy na nie, jak na dokument z  Polski epoki późnego Gomułki. Są wśród nich perełki, które poprzez podobieństwo estetyczne nawiązują do fotografii publikowanych w legendarnym tygodniku „Świat“.  Oprócz dokumentalnego charakteru mają swoją wewnętrzną narrację, co sprawia, że można się im przyglądać bez końca i rozwijać historie stojące za każdym detalem poszczególnych zdjęć. Na przykład  znakomicie zarejestrowany portret Cyrankiewicza chowającego się za wielką sylwetką generała Charlesa de Gaulle’a z  1967 roku, albo fotoreportaż z  Festiwalu Muzyki Nastolatków w Gdańsku z 1966 roku, czy wreszcie zwykłe i niezwykłe jednocześnie zdjęcie Miry Kubasińskiej, wokalistki zespołu Breakout. Wszystkie charakteryzuje bystość i sprawność obserwatora, oraz autentyzm, z  czym dzisiaj, w dobie zapisów cyfrowych bywa rozmaicie.

Zmieniły się czasy, wraz z  nimi otworzyły się możliwości podróżowania i obserwacji życia w odległych krajach, z  czego Edward Grzegorz Funke w pełni korzysta.  Oglądając jego fotografie z  dalekich podróży zauważam, że sceny z  Gdańska i  Koszalina, zarejestrowane na fotografiach przed blisko półwieczem są bardziej egzotyczne, niż te dzisiejsze z  Tybetu, Etiopii, czy Peru. Portrety osób sfotografowanych w różnych, odległych od siebie miejscach na całym świecie, łączy przede wszystkim życzliwa akceptacja fotografa przez bohaterów jego zdjęć, co wyczuwa  się  natychmiast. W sukurs przychodzi pasja i wieloletnie doświadczenie autora, co w sumie pozwala mu  budować tę niezwykle interesującą galerię barwnych postaci.

Gdy wyruszał z rodziną w wyprawę życia z białoruskiej dziś Swisłoczy, nie mógł ani wiedzieć, ani nawet przypuszczać, że wróci tam po blisko 70-ciu latach ze swoją wystawą dokumentującą jego podróże po różnych zakątkach świata. Swoje miejsce znalazł w Koszalinie, ale nosi go z kontynentu na kontynent na szczęście dla nas z kamerą.

prof. dr hab. Janusz Fogler

 

Album „Moja Podróż”
Kilka refleksji dotyczących nowej publikacji Edwarda Grzegorza Funke.

Jak zapisać podróż w czasie? Jak opowiedzieć historię swojego życia nie mówiąc o nim ani słowa? Jak przekazać prawdę, tę subiektywną (może najbardziej wiarygodną), o swoim pokoleniu? W jakiej formie zaznaczyć ślad pamięci o sobie z okazji 70-tej rocznicy urodzin? To pytania, które, jak sądzę, musiał zadać sobie Edward Grzegorz Funke przed publikacją autorskiego albumu pt. „Moja podróż przez sześć kontynentów do Swisłoszy”.

 Czytając zaproszenie na promocję wydania, pomyślałem – album jak album – kolekcja doskonałych, jak zwykle u Pana Grzegorza, zdjęć znanych mi po części z salonów wystawowych i publikacji w National Geographic. Jakże się jednak myliłem. Narracyjna i formalna spójność tego, co zobaczyłem, przeszła moje wszelkie oczekiwania. To nie był zbiór wyrywkowo wybranych fotogramów oprawionych w twardą okładkę. „Portret Świata” w tej wersji publikacyjnej stał się dla mnie zwierciadłem życia artysty.

Tak jak niełatwo zaprojektować czytelny i interesujący komunikat graficzny złożony np. z trzech kresek czy sekwencję filmową utrzymującą widza w napięciu przez 30 sekund, tak trzeba nie lada fachowca (montażysty?, operatora?, reżysera?), który potrafiłby zbudować z zestawień fotograficznych portretów (powstałych przecież w różnych miejscach i czasie przy użyciu różnych środków wyrazu) wielowątkową opowieść o: ludzkiej egzystencji, przyjaźni czy cierpieniu, które przecież uświadamia nam stan radości życia.

Autor „Mojej Podróży”, któremu nieobca jest definicja błędu, trzyma się tematu, za którym podążają następne słowa – fotogramy. Napięcie konstruuje w taki sposób, aby nie powtarzać tak często popełnianego w tego typu publikacjach błędu – powtarzania tych samych czynności przynoszących te same rezultaty. Kierując się przekonaniem wyrażonym przez Alberta Einsteina, że „najpiękniejszą rzeczą, jakiej możemy doświadczyć – jest tajemnica” zaskakuje nas zestawieniami obrazów perfekcyjnie kontrastując elementy ich formy: wielkość, kolorystykę, kompozycję czy gradient ziarna. Uświadamia nam, że sztuka obrazu zaczyna się tam, gdzie kończy się tekst. Dlatego też nie używa go w swoim albumie, ograniczając się jedynie do „delikatnych” podpisów zawierających informacje o miejscu i czasie powstania zdjęcia. Formalną stronę obrazu (jego środki wyrazu artystycznego) podporządkowuje przewodniej myśli, która skłoniła go do naciśnięcia spustu migawki. Uchwycona w ten sposób w kadrze rzeczywistość ujawnia się znawstwem i wyczuciem kompozycji oraz umiejętnością stosowania głębi ostrości. Używa ich nie tylko jako środków mających na celu pobudzenie naszego irracjonalnego zmysłu estetycznego ale jako wskazówek prowadzących odbiorcę tam, gdzie sobie tego życzy autor. W celu dotarcia do głębszych pokładów tego, co o swoim życiu chce nam powiedzieć, swoje fotogramy aranżuje w taki sposób aby dać odbiorcy możliwość przenikania przez „kamuflaż” ich estetyki.

 Nie wątpię, bo to się wyczuwa, że każde z umieszczonych w albumie zdjęć ma swoją niezwykłą historię. Każde z  nich zasługuje na osobną, wnikliwą analizę formalną, która tylko potwierdzi, że obcujemy z obiektami o niepospolitej wymowie, kryjącymi w sobie pierwiastek tajemnicy. Mnie jednak zainteresowała inna wartość, na którą składają się wszystkie fotogramy razem wzięte – wartość artystycznego wyznania siedemdziesięcioletniego człowieka. „Don`t worry – be happy”, „Hakuna matata”, „Hakuna noma”. Zdjęcia uśmiechniętych postaci przywodzą mi na myśl Mahatmę Gandiego, który powiedział, że „najlepszym sposobem oceny moralnego rozwoju społeczeństwa jest to, jak traktujemy zwierzęta”. Wydaje się, że Edward Funke w swoim „Portrecie Świata”, który jest etapem „Mojej Podróży”, modyfikuje pierwowzór, wyrażając przez swą twórczość przekonanie, że poziom rozwoju cywilizacji poznajemy po tym, w jaki sposób traktujemy ludzi.

 Z mojego punktu widzenia, „Moja Podróż” jest artystycznym wyznaniem filozofa, który będąc naukowcem (z tytułem doktora nauk technicznych) mówi nam, że sama nauka nie daje nam odpowiedzi na pytania dotyczące celu i sensu życia. Patrząc na świat jej oczami postrzegamy go tylko jednym okiem. Pryzmat sztuki odkrywa jego pełny, wielowymiarowy obraz, uwzględniający takie zjawiska, jak: nadzieja, miłość i emocje, jakie ze sobą niosą oraz stan wiary, bez którego życie nie miałoby większego znaczenia.

„Portret Świata” w wydaniu Edwarda Funke nie ma ambicji fenotypowego zapisu. Stanowi raczej wyznanie wiary w to, że wszyscy ludzie są dobrzy, godni uwagi i podziwu (nawet w swych wizualnych odstępstwach od „wzorca”, który nazywamy pięknem), a wszystkie religie równie prawdziwe, bo niezależne, uwolnione od „twardych dowodów” i tylko uwarunkowane aksjomatem wewnętrznego przekonania. Można też zaryzykować stwierdzenie, że „Moja Podróż” jest celebracją ludzkiej egzystencji i wyrazem postawy zapisanej słowami: „Żeby mieć przyjaciela – trzeba nim być”.

Co do adwersarzy, bo każdy kto ma coś do powiedzenia, ich ma. Tej większości ludzi, która uważa, że pesymizm wytwarza „zdrowy” i „podtrzymujący na duchu” sposób patrzenia na świat, Edward Funke mówi w swoim albumie „wolę być szczęśliwy, niż mieć rację”, „…a gdy serce pęka – staje się otwarte, a wtedy może zdarzyć się wiele pięknych rzeczy”. Natomiast za Salwadorem Dalie, przypomina tym, którzy głoszą, że wszystko już było, że „ci, którzy nie chcą niczego naśladować – niczego nie stworzą”.

 Ludzie są na ogół samotni. Jeśli mamy szczęście – trafi nam się parę miłych wspomnień. „Moja Podróż” jest opowieścią o człowieku, który miał szczęście znaleźć swoją drogę i podzielić się z nami swoimi najlepszymi wspomnieniami.

prof. dr hab. Jacek Ojrzanowski

 

 


 

Działający od 1949 roku Związek Polskich Artystów Fotografików posiada duży zbiór archiwaliów – negatywów i pozytywów fotograficznych. Przez dekady gromadzone były cenne dzieła najznakomitszych polskich fotografów. W zasobach ZPAF znajdują się prace takich twórców jak: Jan Bułhak, Tadeusz Cyprian, Marian Dederko, Zbigniew Dłubak, Benedykt Jerzy Dorys, Edward Hartwig, Edmund Kupiecki, Tadeusz Wański, Feliks Zwierzchowski, Zofia Rydet, Henryk Hermanowicz, Paweł Pierściński, Marian Murman i wielu innych. Przez dekady zbiory były bezpiecznie przechowywane, ale nie zostały w pełni zinwentaryzowane ani zdigitalizowane. W 2014 roku dzięki dotacji Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego udało się rozpocząć proces digitalizacji i upowszechnienia części kolekcji. Zdigitalizowanych zostało 1166 obiektów, wśród nich 330 negatywów (w tym płytki szklane) oraz 836 pozytywów następujących autorów: Jana Bułhaka, Pawła Pierścińskiego, Edwarda Hartwiga, Harrego Weinberga, Lecha Charewicza, Andrzeja Zborskiego, Mariana Musiała, Stanisława Popławskiego, Feliksa Zwierzchowskiego, Tadeusza Kowalskiego, Mariana Murmana, Stanisława Fitaka oraz zbiór kart gabinetowych z przełomu XIX i XX wieku. Wszystkie prace można zobaczyć na stronie: www.fototeka-zpaf.pl Oprócz prac inwentaryzacyjnych i digitalizacyjnych w ramach dotacji zdołaliśmy wyposażyć pracownię digitalizacyjną oraz zakupić sprzęt i oprogramowanie do tworzonej Agencji ZPAF, która będzie służyć twórcom fotografii jako miejsce promocji i licencjonowania dzieł objętych ochroną przez Biuro Praw Autorskich ZPAF. Digitalizacja archiwów z Fototeki ZPAF oraz wyposażenie Agencji ZPAF są współfinansowane ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Partnerem technologicznym pracowni digitalizacyjnej ZPAF jest NIKON.

Dofinansowano ze środków MKIDN


 

 

Wszystkie poniższe teksty na:
http://helion.pl/ksiazki/kalejdoskop-fotografii-miedzy-technika-a-sztuka-leszek-j-pekalski,kalfot.htm
Producenci aparatów robią co mogą, by obsługa sprzętu była jak najprostsza. A początkujący fotoamatorzy często bez refleksji wciskają spust migawki, co najczęściej kończy się terabajtami słabych, podobnych do siebie zdjęć. Ta książka ma pomóc młodym adeptom fotografii wspiąć się na kolejny poziom. Jej autor, znany fotografik i doświadczony pedagog, postawił sobie za cel gruntowną i rzetelną prezentację wielu zagadnień związanych z warsztatem i technikami, wykorzystywanymi w fotografii. Książka Leszka Pękalskiego „Kalejdoskop fotografii. Między techniką a sztuką” odpowiada na pytania dociekliwych w bardzo precyzyjny sposób. Autor z wykształcenia jest fizykiem, co daje się mocno odczuć. Wiedza podana jest w bardzo przystępny sposób, ale jednocześnie bogata w opisy i schematy, zapewne bardziej przemawiać będzie do umysłów ścisłych. Za pomocą wzorów i rysunków autor niesamowicie dokładnie tłumaczy zawiłości procesu rejestracji obrazu zarówno na filmie światłoczułym, jak i matrycach aparatów cyfrowych. Nie jest to wiedza łatwa, ale przydatna, gdyż w rzeczywisty sposób przekłada się na wygląd zdjęć. Jeżeli fascynuje Was techniczna strona fotografii, tęsknicie do czasów szkolnych i chcecie zagłębić się w ambitnej lekturze, ta książka z pewnością nie zawiedzie Waszych oczekiwań.
Digital Camera Polska MŚ, 2012-12-01

Powstaje cała masa książek dla amatorów fotografii. Jedne są lepsze, inne gorsze. Większość tytułów dostępnych na polskim rynku wydawniczym ma zagranicznych autorów. „Kalejdoskop fotografii” wzbudził moje zainteresowanie między innymi dlatego, że to „rodzima produkcja”. Uwagę przykuwa też osoba autora, wieloletniego wykładowcy w gdańskiej Akademii Sztuk Pięknych i zawodowego fotografa. Doświadczenie akademickie widać w rzetelnym podejściu do opisywanych tematów, przy czym trzeba podkreślić, że nie są to nudne wykłady.

„Kalejdoskop fotografii” to pozycja dla dociekliwych, dzięki której możemy poszerzyć wiedzę dotyczącą zarówno techniki, jak i historii tej dziedziny sztuki. Początkowe rozdziały poświęcone są rodzajom aparatów i dodatkowym sprzętom. Autor zwraca uwagę amatora na takie zagadnienia, jak „bezpieczne czasy naświetlania” lub właściwe trzymanie aparatu, dzięki któremu można uniknąć poruszonych zdjęć. Pękalski stara się w piętnastu rozdziałach podejść do opisu fotografii kompleksowo. W książce znajdziemy szczegółowe informacje o jej rozwoju, rodzajach i zjawiskach fizycznych niezbędnych do powstania zdjęcia. Tytuł publikacji z pewnością zyska zainteresowanie osób, które chciałyby poznać zagadnienia techniki analogowej, również technik szlachetnych – autor stara się zbudować w czytelniku świadomość całego procesu fotografowania. Naturalnie w „Kalejdoskopie…” nie zabrakło informacji związanych z zasadami kompozycji obrazu. Zebrana w ten sposób wiedza pozwoli na tworzenie dobrych zdjęć, nie tylko pod względem technicznym. Książka powstała, by zwrócić uwagę fotografujących na wszystkie możliwości, jakie daje im wybrana technika uwieczniania obrazu. Ich znajomość powinna znaleźć odbicie w poprawie jakości i estetyki zdjęć. Do książki dołączono również płytę, na której znajdziemy wszystkie fotografie użyte do zilustrowania rozdziałów.

„Kalejdoskop fotografii” to świetna książka kierowana do ambitnych amatorów, którzy pragną poszerzyć lub usystematyzować wiedzę. Jeśli chcesz rozbudować swoją świadomość, poczucie estetyki i w pełni wykorzystać posiadany sprzęt, to ta książka na pewno jest dla ciebie.

FOTO ESAU, 2012-11-01 (…) Druga propozycja Heliona, pozwalająca na wzbogacenie umiejętności fotograficznych to „Kalejdoskop fotografii. Między techniką a sztuką” Leszka Pękalskiego. Tu skupiamy się przede wszystkim na technicznych niuansach fotografowania, elementach, które mają – często niedoceniany – wpływ na jakość zdjęć.

W czasie lektury – ze strony na strony, z ilustracji na ilustrację – pozbywamy się iluzji co do tego, że zaawansowany sprzęt fotograficzny i coraz większa łatwość wykonywania technicznie poprawnych zdjęć z każdego uczynią mistrza fotografii. Dowiemy się, co robić, by nasze zdjęcia były nie tylko dobre, lecz wyróżniały się na tle innych a nawet zasługiwały na miano artystycznych.

POLSKA – DZIENNIK ŁÓDZKI .N, 2012-11-10 To nie aparaty robią dobre zdjęcia, tylko fotografowie – wszyscy znamy tę starą prawdę. Jak ze średniaka stać się mistrzem Odpowiedzi może udzielić nowa książka Leszka J. Pękalskiego.

Nowej książce Leszka J. Pękalskiego, „Kalejdoskop Fotografii. Między techniką a sztuką” , przyświeca motto Mike’a Johnstona: 99% największych arcydzieł w historii fotografii powstało przy użyciu sprzętu, którego nie uznałby za dostatecznie dobry typowy współczesny użytkownik aparatu cyfrowego. Przewodnik podpowiada, jak fotografować świadomie, czyli jak wyćwiczyć w sobie czujność, intuicję i tak zwane oko, które cechuje dobrych (a nie tylko poprawnych) fotografów. Jest skierowany głównie do czytelników o średnim stopniu zaawansowania.

Pozwala poznać lepiej czynniki wpływające na techniczną jakość zdjęć, sposoby na urozmaicenie sposobów wyrazu, a także metody, jak ćwiczyć swój talent i umiejętnie łączyć go z wiedzą i doświadczeniem. Przydatne rady znajdzie tu każdy, kto lubi fotografować, ale chciałby podciągnąć swoją wiedzę techniczną, a także ci, którzy są już za pan brat z techniką, lecz szukają sposobu na artystyczne „podkręcenie” swoich zdjęć. fotoblogia.pl Olga Drenda, 2012-09-26 „99% największych arcydzieł w historii fotografii powstało przy użyciu sprzętu, którego nie uznałby za dostatecznie dobry typowy współczesny użytkownik aparatu cyfrowego” Mike Johnston

Trudno z tym twierdzeniem polemizować. To co znajdzie się na fotografii zależy przede wszystkim od „oka”, poczucia estetyki i wyczucia chwili fotografującego. Wiele dobrych ujęć to dzieło nie tyle przypadku, co bycia we właściwym miejscu o właściwej porze. Wiele dobrych ujęć to także efekt wieloletniej pracy z aparatem, tylko nieliczni mają tzw. talent, na dodatek poparty intuicją. Między zwykłym, jako tako poprawnym zdjęciem, a fotografią, która niesie jakieś treści, jakieś emocje przekazywane widzowi jest prawie przepaść.

Jak pisze sam autor – Leszek Pękalski: „Książka powinna mieć właściwie podtytuł Dla dociekliwych.” Zatem jest o tym jak fotografować ŚWIADOMIE, wykorzystując wszystko, co współczesna technika rejestracji obrazu ma nam do zaoferowania.

Kalejdoskop fotografii. Między techniką a sztuką to książka adresowana głównie do Czytelników o średnim stopniu zaawansowania. Sporo pożytecznych informacji znajdą w niej zarówno adepci tej sztuki jak i doświadczeni fotografowie. To pierwsza tak kompleksowa publikacja, istny kalejdoskop fotografii… plfoto.com 2012-09-27 najnowsza (2013-03-09): http://grafmag.pl/artykuly/kalejdoskop-fotografii-miedzy-technika-a-sztuka-leszek-j-pekalski-recenzja/

OPINIE
Adam Drzewiecki, fizyk Absolutny must have dla wszystkich, chcących robić zdjęcia nie tylko „u cioci na imieninach”. Wszystko co chciałeś wiedzieć o fotografowaniu, a wstydziłeś się/nie miałeś kogo spytać : ) Ocena :6

2013-01-04 Adam Drzewiecki, fizyk Taka książka była moim marzeniem. Jestem z zawodu fizykiem i od dziecka zajmuję się hobbystycznie fotografią, więc marzyła mi się książka, która połączy informacje z tych dwóch dziedzin – takiej książki jednak na rynku brakowało. Autor w genialny sposób tłumaczy, jak fizyka i technika „pracują” w fotografii, w finezyjny sposób łącząc opis rzeczywistych sytuacji i używanego sprzętu z fizyką i konsekwencjami jej zasad. Czyta się ją jak najlepszy kryminał, odpowiedziała mi na kilka pytań, które od dawna mnie nurtowały, a wszystko w porywający, jasny sposób ze sporą nutą poczucia humoru. W skrócie: wszystko, co chciałeś wiedzieć o fotografii, ale nie miałeś kogo spytać. Ocena : 6

2013-01-17 Wojciech Murawski, elektronik Książkę polecam wszystkim, których interesuje fotografowanie. Zawarte informacje o sprzęcie, podstawach optyki, sposobach pomiaru światła i ekspozycji oraz komponowaniu zdjęć są wyjaśnione zrozumiale i poparte wieloma przykładami dla analogowej i cyfrowej fotografii. Kompletny zbiór wiedzy o fotografowaniu. Ocen : 5

2012-12-31 Jakub Książka wg mnie bardzo dobra, porusza wiele technicznych aspektów fotografii. Autor tłumaczy wiele zjawisk zachodzących w aparacie na z fizycznego punktu widzenia. Będzie to mój podstawowy podręcznik. Polecam każdemu kto chciałby przyjrzeć się fotografii o technicznej strony i zrozumieć aparat. Pozdrawiam Ocena: 5

2013-01-18 Michał Pękala Bardzo dobre przedstawienie fotografii od strony technicznej. Autor w przystępny sposób przedstawia jak fizyka i technika współgra przy tworzeniu fotografii. Polecam wszystkim świadomie fotografującym. Ocena: 6

 


 

POMORSKIE CMENTARZE FOTOGRAFIE ANNY I KRZYSZTOFA JAKUBOWSKICH

Od autorów:

Na Pomorzu jest wiele cmentarzy. Są nekropolie zadbane, pełne kwiatów i zniczy, są cmentarze opuszczone i zapomniane, są też takie gdzie z trudem doszukamy się śladu grobów. Są cmentarze tak wielu wyznań religijnych jak wielu tu było przybyszy z różnych stron Świata. Są cmentarze pomniki, a także groby ukryte głęboko w lasach.

Jeżdżąc po Pomorzu nauczyliśmy się dostrzegać w krajobrazie pól miejsca gdzie rośnie grupa starych drzew i prawie zawsze natrafialiśmy tam na ślady po pochówkach. W trakcie kilkudniowych wypadów poszukiwaliśmy nie tylko mogił, ale także światła wydobywającego niepowtarzalny nastrój. Fotografowaliśmy indywidualnie: na cmentarzu rozchodziliśmy się, każde w swoją stronę i dopiero po powrocie do domu porównywaliśmy zrobione zdjęcia.

Poszukiwaliśmy wzruszeń, przeżywaliśmy rozkosz tego jedynego, najlepszego, decydującego ujęcia, które najlepiej będzie oddawało metafizykę miejsca. Tak trafialiśmy do obluszczonego, nagrobnego portretu Krysi na Oksywiu, tulących się do siebie dwóch stelli w Stawcu, samotnej malutkiej figurki w strasznym, tragicznym Lesie Piaśnickim, niewinnych niebieskich kwiatków obrastających tumbę z czarną czeluścią na Sztumskim cmentarzu. To przyroda ze swoim odwiecznym rytmem jesiennych zasypiań i wiosennych przebudzeń jest symboliczną metaforą, która chyba najbardziej wzrusza na starych cmentarzach. Tu natura mówi do ciebie : nie całkiem przepadłeś, nie umarłeś tak do końca, żyjesz z tymi źdźbłami, kwiatkami, drzewami: one są częścią ciebie. Stajesz się nieśmiertelny. Czy nie o tym przez tysiąclecia marzyłeś?

Wydawnictwo: Oskar, Maszoperia Literacka, Nadbałtyckie Centrum Kultury w Gdańsku

Rok wydania: grudzień 2012

Stron: 172

Wielkość: 230X210X25 mm

Oprawa: twarda, foliowana, częściowo lakierowana.

Album zawiera 150 fotografii 50 wybranych pomorskich cmentarzy krótkimi opisami.
Ma dwa wstępy autorstwa dr Magdaleny Gajewskiej oraz Adama Mazura, tekst od autorów, mapę ze spisem cmentarzy, indeks alfabetyczny oraz biografie autorów.
Wszystkie teksty są w języku polskim i angielskim